Już niedługo wyjdziesz na wolność, zapalisz świt płonącym miastem, ujrzysz przerażenie na twarzach pogardy, spełni się Warszawski sen...
Pani Margarett Margot mieszkała w kamienicy przy ul. Foksal. Nie uczestniczyła w życiu Warszawy, dzielnicy Centrum a nawet wydarzeniach swojej klatki. Była w średnim wieku, po studiach z pracą jako wolny strzelec w gazecie. Uwielbiała pisać. Gdyby nie rzadkie telefony wścibscy sąsiedzi nie słyszeliby nic poza stukotem trybików w maszynie do pisania, świstem czajnika z wrzątkiem oraz odgłosu podlewania kwiatów. Pani Margot miała na balkonie petunie. Trzy drewniane wiadra petunii. na wiosnę jej balkon jako jedyny widoczny był wśród porozwieszanych stojaków na pranie. Co Sobota nie słychać było odgłosu gaszenia światła w salonie w którym sypiała.
Pierwotnie Chrapiący głośno niczym salwa z dział Pan Bronisław spod czwórki szedł spać. Przedtem dało się słyszeć jego dyscyplinarne pompki wieńczone konającym sapnięciem podczas prostowania rak w łokciach, prysznic zimny jak alaska którym tłumaczył swoje młode rysy oraz miętoszenie dywanu podczas wieczornej modlitwy.
Gdy po Panu Bronisławie dało się już tylko słyszeć chrapanie, małżeństwo spod dziewiątki wchodziło do łóżek przedtem położywszy swoją dwójkę dzieci. Odgłosy miętoszenia krochmalonej pościeli wyciągania poszewek oraz opowiadania bajek na dobranoc po czym cisza słodko śpiących szczęśliwców.
Na górze mieszkała Pani Eleonora pod numerem trzy i pół. Gdy obydwa powyższe mieszkania kładły się spać ona przestawiała w swoim fortepianie mały pedał do wyciszania po czym pół godziny dało się słyszeć cichą, melodyczną muzykę Mozarta.
Na dole nie mieszkał nikt. Dwoje braci którzy mieli tam mieszkania z rodzinami wyprowadzili się dziesięć lat temu do Norwegii i jeżeli już wracali to bawiąc tu rzadko i krótko.
Gdy zegar wybijał dziesiątą, a wokół słychać było tylko ciche chrapania gasło światło w mieszkaniu pani Margot. Dźwięk otwieranego zamka, schodzenia po schodach. Cisza. Co sobotę o tej porze po Nowym Świecie przebiegał kształt pełen gracji i opanowania, przemykał przez dwa skrzyżowania po czym ginął w uliczce. Tam czekał na niego drugi bardziej pokaźny kształt, chwilę stali wpatrzeni na siebie po czym każdy szedł w swoja stronę.
Pani Margot co sobota dostawała nowe dwa kilogramy pachnącego Francuskiego Mydła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz